Makiawelizm na nowo odczytany – recenzja z książki Romualda Piekarskiego i własne na jej temat refleksje

Książka Romu­alda Pie­kar­skiego „Kon­cep­cja cnót poli­tycz­nych Machia­vel­lego na tle ele­men­tów kla­sycz­nej etyki cnót” (Wydaw­nic­two Uni­wer­sy­tetu Gdań­skiego, Gdańsk 2009) to dzieło wybitne. I piszę to pomimo faktu, iż oso­bi­ście w kwe­stii Makia­wela zaj­muję sta­no­wi­sko dia­me­tral­nie odmienne od autora książki (o czym sze­rzej – na końcu arty­kułu). Praca jest książ­kową wer­sją roz­prawy habi­li­ta­cyj­nej autora. Pie­kar­ski pra­co­wał nad swą habi­li­ta­cją wiele lat, by nie napi­sać wiele dzie­się­cio­leci. I w cza­sie lek­tury wyczuwa się, że praca powsta­wała długo. Nie jest on naukow­cem szcze­gól­nie płod­nym, ale jak już coś wyda, to warto się nad tym pochy­lić. W trak­cie lek­tury ma się wra­że­nie, że każde słowo, każdy sąd - zostały wyci­śnięte w wiel­kich bólach by osią­gnąć efekt koń­cowy, mister­nie wykre­owaną konstrukcję.

Skreślmy na początku kilka uwag o for­mie i tre­ści dzieła. Jego forma jest spe­cy­ficzna, na pierw­szy rzut oka zawiła i nie­czy­telna. Autor wie­lo­krot­nie powraca do tych samych zagad­nień, które cha­rak­te­ry­zuje z roz­ma­itych punk­tów widze­nia. Czę­ste są powtó­rze­nia, co na pierw­szy rzut oka może być wadą dzieła. Za wie­lo­ścią roz­dzia­łów kryje się jed­nak głę­bia uję­cia i wni­kli­wość odczy­ta­nia, by użyć okre­śle­nia Jacka Bar­ty­zela „sen­sów jaw­nych i ukry­tych” myśli flo­rent­czyka. Gdy­bym miał przy­rów­nać książkę, do jakie­goś zna­nego mi działa filo­zo­ficz­nego to wymie­nił­bym „Etykę niko­ma­chej­ską” Ary­sto­te­lesa – podobna jest struk­tura obu ksią­żek, podobna stop­nio­walna i sub­telna (naukowo obiek­tywna) ana­liza roz­ma­itych kon­tek­stów, cech cha­rak­teru. Pie­kar­ski w trak­cie dzieła wie­lo­krot­nie powo­łuje się zresztą na Ary­sto­te­lesa, który jest jego głów­nym mistrzem poznania.

Cha­rak­te­ry­stykę tre­ści dzieła warto roz­po­cząć od kon­klu­zji, iż Pie­kar­ski jest wyznawcą kon­ser­wa­ty­zmu, jed­nak kon­ser­wa­ty­zmu spe­cy­ficz­nie rozu­mia­nego; bowiem nie w zna­cze­niu poli­tycz­nym, ani nawet ide­olo­gicz­nym, lecz ści­śle nauko­wym. Pie­kar­ski jest miło­śni­kiem antyku, czło­wie­kiem roz­mi­ło­wa­nym w cywi­li­za­cji kla­sycz­nej i po czę­ści także chrze­ści­jań­skiej. Z manią inkwi­zy­tora tropi wątki nowo­żytne w filo­zo­fii poli­tycz­nej, które obwi­nia o wszel­kie zło zachod­niej kul­tury. Naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nym wyróż­ni­kiem tych wąt­ków jest wła­śnie Makia­we­lizm. Podej­ście to zostało zapo­ży­czone z filo­zo­fii poli­tycz­nej Leo Straussa, któ­rego wiel­kim dłuż­ni­kiem jest gdań­ski filo­zof. Rozu­mo­wa­nie Straussa polega na wyka­za­niu, iż nowo­żytna filo­zo­fia poli­tyczna polega na rady­kal­nym obni­że­niu wyma­gań sta­wia­nych czło­wie­kowi przez poli­tykę. Miej­sce kla­sycz­nych cnót per­fek­cyj­nych zaj­muje w niej niski wspólny mia­now­nik - hob­be­sow­ski strach przed śmier­cią, potem prze­mia­no­wany na ideę „zacho­wa­nia życia dostat­niego” Locke’a, kła­dącą „teo­re­tyczne fun­da­menty pod spo­łe­czeń­stwo kon­sump­cyjne”[1]. W efek­cie dawny „obo­wią­zek” (wzglę­dem ojczy­zny, Boga, innych) został prze­mia­no­wany na nowo­żytne „upraw­nie­nie”. Zarówno Hob­bes, jak i Locke są wiel­kimi dłuż­ni­kami Machia­vel­lego, któ­rego Strauss nazywa Kolum­bem odkry­wa­ją­cym nowe lądy filo­zo­fii, gdyż to flo­rent­czyk twier­dzi, iż nie miłość jest warun­kiem wspól­noty lecz strach wymu­szony przez ter­ror księ­cia[2]. Zesta­wie­nie powyż­sze posiada zna­cze­nie z uwagi na fakt, iż w powszech­nym odbio­rze odwo­łu­jący się do reali­zmu poli­tycz­nego raison d’État stoi na anty­po­dach wszel­kich form eko­no­mi­zmu gło­sząc pry­mat pań­stwa nad inte­re­sem jed­nost­ko­wym. Tym­cza­sem wedle Straussa realizm poli­tyczny posiada wspólne korze­nie świa­to­po­glą­dowe z konsumeryzmem.

Dzieło Pie­kar­skiego liczy 470 stron i obfi­tuje w setki wąt­ków. Gdyby chcieć je choćby śla­dowo przy­to­czyć w tej recen­zji musia­łaby ona liczyć kil­ka­dzie­siąt stron. Stąd z  koniecz­no­ści musie­li­śmy się sku­pić tylko na wybra­nych zagad­nie­niach. I tak zmu­szony byłem pomi­nąć te z roz­wa­żań Pie­kar­skiego, które refe­rują prze­peł­nione olbrzy­mim mate­ria­łem fak­to­gra­ficz­nym - roz­wa­ża­nia histo­ryczne flo­rent­czyka (z okresu Impe­rium Rzym­skiego przy­bli­żone głów­nie przez Liwiu­sza), a także współ­cze­sne mu wyda­rze­nia poli­tyczne. Nie będę nic pisał o Scy­pio­nie, Han­ni­balu, Sep­ty­miu­szu Sewe­rze, ani o tyra­nie Hie­ro­nie tak suge­styw­nie opi­sy­wa­nym przez Kse­no­fonta. Nie będę pisał o Moj­że­szu, Cyru­sie, Romu­lu­sie i Teze­uszu – uwiel­bia­nych przez flo­rent­czyka. Nie będę się zasta­na­wiał czy odwo­ła­nia do pogań­skich cza­sów Impe­rium Roma­num, doko­ny­wane przez flo­rent­czyka były szczere, czy też – jak twier­dzi Pie­kar­ski – powierz­chowne. Pominę sub­telne roz­róż­nie­nie pomię­dzy sta­ro­żyt­nym vir­tus, a virtu Machia­vel­lego; roz­tropną phro­ne­sis, a instru­men­talną pru­denzą. Pominę wykład­nię Ary­sto­te­lesa i Cyce­rona kon­cep­cję cnoty poli­tycz­nej. Z wyda­rzeń współ­cze­snych Machia­vel­lemu nie będę się zasta­na­wiał nad prze­bie­gło­ścią Cezara Bor­gii. W miej­sce tego wszyst­kiego sku­pię się na samej esen­cji, czyli na odpo­wie­dzi na pyta­nie czym jest makia­we­lizm i na czym polega jego novum na tle kla­sycz­nej filo­zo­fii politycznej.

Zacy­tujmy zatem mistrza z Flo­ren­cji. Machia­velli pisze, iż „pomię­dzy tym jak się żyje, a tym jak się żyć powinno ist­nieje tak wielka roz­bież­ność, iż kto odrzuca to co fak­tycz­nie ludzie czy­nią na rzecz tego, co oni czy­nić powinni, dopro­wa­dza raczej do wła­snego upadku, ani­żeli prze­trwa­nia; gdyż czło­wiek, który pra­gnąłby bez ustanku w każ­dej spra­wie czy­nić to, co dobre, popad­nie w ruinę [prze­by­wa­jąc] mię­dzy tak wie­loma [ludźmi] co dobrzy nie są. Stąd konieczną jest rze­czą dla księ­cia, który chce się utrzy­mać, nauczyć się umie­jęt­no­ści nie bycia dobrym, czy posłu­gi­wa­nia się dobro­cią i odstę­po­wa­nia odeń sto­sow­nie do tego, co zale­cają oko­licz­no­ści” (s.38)

Jak wynika z powyż­szego frag­mentu Machia­velli staje się piewcą pew­nego rodzaju sku­tecz­no­ści w poli­tyce (zwa­nej też reali­zmem poli­tycz­nym), sku­tecz­no­ści, którą sta­wia wyżej ani­żeli tra­dy­cyjną chrze­ści­jań­ską moral­ność. Wedle flo­rent­czyka trzeba się bowiem odwo­ły­wać do pod­stępu i siły bowiem otwar­tość i pro­sto­dusz­ność, nie wypo­sa­żone w pod­stęp i nie ubrane w zbroję twar­dej siły prze­grają w walce z siłami zła (s.46).

Klu­czową rolę dla Romu­alda Pie­kar­skiego odgrywa prze­ciw­sta­wie­nie Machia­vel­lego tra­dy­cji kla­sycz­nej Gre­cji i Rzymu. Zasad­ni­cza roz­bież­ność pomię­dzy Machia­vel­lim a filo­zo­fią kla­syczną (głów­nie w wyko­na­niu Ary­sto­te­lesa) widoczna jest w sto­sunku obu filo­zo­fów do ter­minu cnoty poli­tycz­nej. Roz­róż­nie­nie pomię­dzy kla­sycz­nie rozu­mianą cnotą, a virtu Machia­vel­lego prze­pro­wa­dzone jest już na początku dzieła. Jak pisze Pie­kar­ski: „Cnota (etyczno-duchowa) ucie­le­śnia­jąca wyso­kie war­to­ści per­fek­cyjne, czy reali­zo­wana zgod­nie z wyso­kimi wyma­ga­niami, wła­śnie dla­tego, że odnosi się do rela­cji mię­dzy oso­bami nale­żą­cymi do moral­nej wspól­noty, nosi miano etycz­nej, moral­nej i spo­łecz­nej, a w kon­tek­ście wspól­noty cywilizacyjno-politycznej pozwala mówić o cno­tach poli­tycz­nych” ( s. 23). Dla odmiany „Machia­velli we wła­snym zna­cze­niu virtu […] nacisk kła­dzie m. in. na takie cechy psy­chiczne jak zago­rza­łość, wigor, męstwo w zna­cze­niu wojen­nym, ogólną spraw­ność psy­cho­fi­zyczną, nie­ma­jącą sensu moral­nego” (s. 24). Nieco dalej czy­tamy, iż flo­rent­czyk „poru­szał się w ramach kon­wen­cji moral­no­ści cha­rak­teru, a nie etyki zasad” (s. 33)

Choć Pie­kar­ski zaprze­cza jakoby Machia­velli był myśli­cie­lem czy­sto tech­nicz­nym i pozba­wio­nym rdze­nia meta­fi­zycz­nego jest fak­tem nie­za­prze­czal­nym, iż uty­li­tarne, prak­tyczne i tech­niczne zna­cze­nie jego dzieł posiada u flo­rent­czyka nie­po­śred­nie zna­cze­nie. Jak pisze Pie­kar­ski: „Filo­zo­fia kla­syczna także zaleca pewne tech­niki, lecz pod­po­rząd­ko­wuje je wyso­kim war­to­ściom. Spór ze sta­no­wi­skiem Machia­vel­lego trzeba pro­wa­dzić m. in. na płasz­czyź­nie aksjo­lo­gii. Jeżeli się upodob­nimy jed­nak do zgorzk­nia­łych czy cynicz­nych reali­stów, żeby dowieść swego braku naiw­no­ści, czy być w opo­zy­cji do naiw­nych rze­komo ide­ali­stów antycz­nych albo chrze­ści­jań­skich, ozna­cza to, że prze­szli­śmy już na pozy­cje bar­dzo bli­skie makia­we­li­zmowi” (s. 38).

Istotną rolę odgrywa spór pomię­dzy teo­rią a prak­tyką w kon­tek­ście Makia­wela. „Prak­ty­cyzm” zostaje tu dowar­to­ścio­wany, co ozna­cza, że sta­tus auto­no­micz­nej teo­rii, która war­to­ściuje i waży poszcze­gólne sądy zostaje pod­wa­żony. Jak pisze Pie­kar­ski cytu­jąc Harveya Mans­fielda „Machia­velli dora­dza, nie troszcz­cie się o spra­wie­dli­wość, lecz dzia­łaj­cie, odpo­wied­nie słowa [uspra­wie­dli­wie­nia] znajdą się potem” (s. 39). Nieco póź­niej Pie­kar­ski pisze: „Jego prawdą jest prawda sku­teczna […] Sta­tus suwe­renny posia­dają czyny, nato­miast myśle­nie, reflek­sja oraz wypo­wie­dzi trak­to­wane są tu jako tych czy­nów wspar­cie, uzu­peł­nie­nie ukie­run­ko­wa­nie czy uza­sad­nie­nie…” (s. 48). „Wypo­wie­dzi, przy­naj­mniej nie­kiedy, - dodaje Pie­kar­ski - mają sta­no­wić zasłonę dymną dla czy­nów, ich opa­ko­wa­nie, które ma spra­wić, że będą łatwiej przyj­mo­wane przez innych, two­rząc roz­myślny, celowo zapro­jek­to­wany wize­ru­nek dzia­ła­ją­cego księ­cia” (s. 49).

Przyj­rzyjmy się sto­sun­kowi Machia­vel­lego do demo­kra­cji. Zacznijmy od kon­klu­zji, że dla flo­rent­czyka podział na repu­bliki i monar­chie nie ma więk­szego zna­cze­nia. Ważne jest jedy­nie aby władca wypo­sa­żony był w virtu – czyli w zbiór spe­cy­ficz­nych i wyjąt­ko­wych cech cha­rak­teru. Wypo­sa­żony w nie powi­nien być „nowy książę”, który w sen­sie spo­łecz­nym nie będzie już posia­dać związ­ków z daw­nymi krę­gami feu­dal­nymi Ita­lii, lecz nale­żeć będzie do nowych klas. Z oczy­wi­stych wzglę­dów Machia­velli żywi sym­pa­tie dla tyrani, o czym świad­czy zawzię­tość z jaką flo­rent­czyk odwo­łuje się do pod­stępu i prze­mocy. Fawo­ry­zuje eks­pan­sywne prak­tyki repu­bliki rzym­skiej prze­mie­nia­ją­cej się w impe­rium. Jego sto­su­nek do demo­kra­cji daje się stre­ścić w postu­la­cie, iż „nie­mo­ralny książę potrze­buje moral­nego ludu” (s. 165), co ozna­cza, że Machia­velli żywi prze­ko­na­nie, iż lud powi­nien pozo­stać naiwny i bogo­bojny bowiem uła­twia to jego utrzy­ma­nie w ryzach. Sta­no­wi­sko to począt­kuje prak­tykę instru­men­tal­nego trak­to­wa­nia społeczeństwa.

Dla lep­szego zobra­zo­wa­nia powyż­szych wąt­ków warto się odwo­łać do roz­róż­nie­nia na for­tunę i virtu, które odgrywa zasad­ni­czą rolę w sys­te­mie filo­zo­ficz­nym Machia­vel­lego. For­tuna jest uoso­biona przez bogi­nię, którą makia­we­low­ski książę pra­gnie ubła­gać albo uwieść. To kosmos roz­ma­itych uwa­run­ko­wań, „nie­usu­walny kon­flikt naj­roz­ma­it­szych inte­re­sów, ego­izmów indy­wi­du­al­nych i zbio­ro­wych” (s.77). Two­rzą one rze­czy­wi­stość tak skom­pli­ko­waną, że wymy­ka­jącą się racjo­nal­nej per­cep­cji. For­tuna każe cno­tli­wych, kiedy indziej znów nagra­dza zuchwal­ców - to nic oso­bli­wego stąd na nic zdają się próby jej przy­wo­ła­nia do porządku. Aby zapew­nić sobie przy­chyl­ność losu, aby „nie być mario­netką obro­tów for­tuny” (s. 91) trzeba raczej sto­so­wać jakieś sztuczki magiczne, zręcz­no­ści i sprytne zabiegi. To wła­śnie virtu, cha­rak­te­ry­zo­wana też jako zręcz­ność bądź dziel­ność. Potrzeba zatem jakie­goś „poli­tycz­nego przy­wódcy, który powi­nien być w sta­nie traf­nie roze­znać, co leży w gra­ni­cach jego prak­tycz­nego wpły­wa­nia na bieg rze­czy (czy spraw publicz­nych), i w jaki spo­sób może on roz­sze­rzyć wła­sne (i pod­le­głych mu ludzi) pole manewru” (s. 93). Podobną wykład­nię wszech­po­tęż­nej for­tuny odnaj­du­jemy w poglą­dach Maxa Webera, któ­rego poglądy (a w tym i makia­we­low­skie inkli­na­cje) rela­cjo­nuje Pie­kar­ski w koń­co­wych par­tiach swej książki. Wedle Webera świat spo­łeczny nie przy­po­mina teo­dy­cei. Raczej mamy do czy­nie­nia z „irra­cjo­nal­nym świa­tem nie­za­słu­żo­nego cier­pie­nia” i „bez­kar­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści”, w któ­rym nie ma „zasady odpłaty i zadość­uczy­nie­nia, które mogli­by­śmy inter­pre­to­wać meta­fi­zycz­nie” (s. 375) W świe­cie poli­tyki dobro może pocho­dzić ze zła, a zło z dobra. Wynika to z nie­za­mie­rzo­nych kon­se­kwen­cji naszych dzia­łań. Aby osią­gnąć dobre cele trzeba nie­jed­no­krot­nie odwo­łać się do moral­nie wąt­pli­wych środ­ków. Stąd żeby zaj­mo­wać się poli­tyką trzeba zawrzeć „pakt z mocami dia­bel­skimi” (s. 375) – kon­klu­duje Pie­kar­ski przy­ta­cza­jąc poglądy Maxa Webera.

Szcze­gólne zasto­so­wa­nie myśl makia­we­low­ska zna­la­zła w sto­sun­kach mię­dzy­na­ro­do­wych. To nimi rzą­dzi bowiem zasada, że nie liczą się war­to­ści, liczą się inte­resy. Głos słusz­no­ści zależy tu od real­nej siły danego pań­stwa na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Nie ma tam, żad­nego ładu, który kon­sty­tu­owałby porzą­dek, raczej hob­be­sow­ski stan wojny wszyst­kich ze wszyst­kimi. Stąd filo­zo­fię Nic­colo Machia­vel­lego porów­nuje się do sta­no­wi­ska Tra­zy­ma­cha z pla­toń­skiego „Pań­stwa”, który przez spra­wie­dli­wość rozu­mie „inte­res silniejszego”.

Reasu­mu­jąc, sta­no­wi­sko Romu­alda Pie­kar­skiego uwa­żam za bar­dzo poży­teczne. Gdań­ski filo­zof w słuszny spo­sób punk­tuje wszyst­kie sła­bo­ści flo­rent­czyka, zwłasz­cza zwią­zane z odej­ściem od kla­syki i obni­że­niem wyma­gań moral­nych sta­wia­nych czło­wie­kowi począt­ku­ją­cym roz­wój póź­niej­szej myśli libe­ral­nej. Na pozio­mie teo­re­tycz­nym Pie­kar­ski ma zupełną rację. Co innego jed­nak gdy chcemy oce­nić dzieło flo­rent­czyka z per­spek­tywy prak­tycz­nej. Będziemy wów­czas zmu­szeni w wielu miej­scach przy­znać mu rację. Ist­nieje co naj­mniej kilka powo­dów, które każą nam dostrze­gać w myśli Makia­wela ziarna prawdy.

Po pierw­sze – ważną rolę odgrywa wypra­co­wana przez Makia­wela zasada odwo­ły­wa­nia się do stra­chu wśród rzą­dzo­nych wywo­ła­nego przez posu­nię­cia księ­cia. Kore­spon­duje ona ze sta­ro­te­sta­men­tową wizją karzą­cego i suro­wego Boga, sprzyja kla­row­nemu pod­dzia­łowi na rzą­dzo­nych i rzą­dzą­cych. Podział ten zgod­nie z teo­rią Pareto wystę­puje w każ­dym sys­te­mie poli­tycz­nym – czy będzie to demo­kra­cja, tyra­nia czy monar­chia. Nauko­wiec taki jak Romu­ald Pie­kar­ski nie rozu­mie tego uję­cia gdyż żyje w świe­cie, w któ­rym do racji się prze­ko­nuje, a nie się je narzuca. To wła­śnie świat aka­de­micki. Poli­tyka jed­nak musi się odwo­ły­wać do siły i przy­musu, reali­zo­wać pewne zada­nia z zasko­cze­nia, metodą fak­tów doko­na­nych. Ponadto odwo­ła­nie do poli­tyki siły było w prze­szło­ści udzia­łem – czego Pie­kar­ski nie zauważa - nie tylko myśli­cieli libe­ral­nych, ale także, a może nawet przede wszyst­kim kon­ser­wa­tyw­nych, takich jak Joseph de Maistre, Juan Donoso Cor­tés czy Carl Schmitt, z któ­rych wszy­scy trzej byli kato­li­kami, a dwóch pierw­szych wręcz kato­li­kami orto­dok­syj­nymi. Wszy­scy oni reali­zują w swych teo­riach coś na kształt kato­lic­kiego makiawelizmu.

Po dru­gie – współ­cze­sny realizm poli­tyczny nie wal­czy już z uni­wer­sa­li­zmem chrze­ści­jań­skim (jak suge­ruje Pie­kar­ski) lecz wal­czy z uni­wer­sa­li­zmem oświe­ce­nio­wym, z ide­olo­gią Praw Czło­wieka i Oby­wa­tela, kan­tow­skim pacy­fi­zmem i opty­mi­styczną wiarą w postęp, a także z roman­tycz­nym mie­rze­niem sił na zamiary. Tym samym dok­tryna real poli­tik staje się orę­żem pra­wicy w walce z lewi­cową ide­olo­gią Praw Czło­wieka i Oby­wa­tela. Odwo­łuje się ona do kate­go­rii inte­resu naro­do­wego, która ma pry­mat nad porząd­kiem mię­dzy­na­ro­do­wym. Głosi, że w sto­sun­kach mię­dzy­na­ro­do­wych liczą się inte­resy, a nie racje moralne. W przy­padku histo­rii Pol­ski szcze­gól­nie istotne było star­cie nowo­żyt­nej postawy roman­tycz­nej mani­fe­stu­ją­cej się w insu­rek­cyj­nym haśle „za Wol­ność Waszą i Naszą” z postawą każącą mie­rzyć sens każ­dego czynu powstań­czego przez pry­zmat real­nych strat i korzy­ści. Stąd dok­tryna reali­zmu poli­tycz­nego prze­nik­nęła do obozu pol­skich kon­ser­wa­ty­stów doby roz­bio­rów. Patrząc z tego punktu widze­nia, skłonny jestem stwier­dzić, iż (wbrew temu co twier­dzi Pie­kar­ski, że jeste­śmy jakoby zale­wani przez realizm poli­tyczny) Pol­sce zawsze bra­ko­wało umie­jęt­no­ści oce­nia­nia sytu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej przy pomocy for­muły real poli­tik, i z tego też powodu Pol­ska wycho­dziła na tym jak najgorzej.

Po trze­cie – mora­lizm w sto­sun­kach mię­dzy­na­ro­do­wych wie­dzie do zacie­trze­wie­nia na nie­spo­ty­kaną skalę. Jego skut­kiem może być tzw. demo­kra­tyczna wojna totalna, w któ­rej strony wie­rzą, że wal­czą o jakieś nad­rzędne racje moralne, a nie tylko o wpływy i inte­resy, jak ma to miej­sce w przy­padku kla­sycz­nych wojen państw narodowych.

Po czwarte – na rzecz reali­zmu poli­tycz­nego zdaje się świad­czyć także nasza aktu­alna kon­dy­cja cywi­li­za­cyjna, wyzna­czona przez cha­rak­ter doko­nu­ją­cych się prze­obra­żeń zwią­za­nych z postę­pem tech­nicz­nym i glo­ba­li­za­cją. W efek­cie glo­bal­nych tren­dów roz­wo­jo­wych żyjemy w sta­nie cha­osu i bała­ganu, który przy­po­mina hob­be­sow­ską wojnę wszyst­kich ze wszyst­kimi. Naturę tego stanu dobrze oddaje ter­min for­tuna Machia­vel­lego. Nie ma żad­nego ładu, który kon­sty­tu­owałby porzą­dek. W świe­cie tym wygry­wają sil­niejsi, jed­nostki wypo­sa­żone w spe­cy­ficzne cechy cha­rak­teru okre­ślane mia­nem virtu. Kon­cep­cja ta przy­po­mina nie­które współ­cze­sne teo­rie doty­czące glo­ba­li­za­cji, m.in. te które postu­lują jed­no­stce (pań­stwu, wspól­no­cie samo­rzą­do­wej, przed­się­bior­stwu) reali­zo­wać stra­te­gię pole­ga­jącą na „orien­ta­cji na samego sie­bie” (self-referentialitity jak powie­dzia­łaby Jadwiga Sta­nisz­kis) - zdol­no­ści do samo­or­ga­ni­za­cji, zdol­no­ści do ogar­nię­cia cało­ści sys­temu” bądź do „zacho­wa­nia sterowności”.

Chciał­bym w tym momen­cie podzie­lić się reflek­sją wyni­ka­jącą z moich oso­bi­stych rela­cji z Romu­al­dem Pie­kar­skim. Wiele lat temu, gdy wspól­nie orga­ni­zo­wa­li­śmy kon­fe­ren­cję o glo­ba­li­za­cji w Gdań­sku wywią­zała się pomię­dzy nami dys­ku­sja, co do natury glo­ba­li­za­cji. Pod­czas gdy ja uwa­ża­łem, że należy ją postrze­gać przez pry­zmat pro­ce­sów przy­pad­ko­wych i nie­sko­or­dy­no­wa­nych (czemu dałem wyraz w swoim eseju „Glo­ba­li­za­cja jako chaos. Kry­zys wła­dzy i jego skutki”), Romek Pie­kar­ski postrze­gał ją jako zja­wi­sko poli­tycz­nie ste­rowne. Wtedy jesz­cze nie rozu­mia­łem natury naszego sporu, teraz już go ina­czej postrze­gam, bo lepiej poj­mują zasadę, na któ­rej opiera się kon­struk­cja myślowa Romu­alda. Pie­kar­ski nie dopusz­cza, do sie­bie infor­ma­cji, że świa­tem mógłby rzą­dzić chaos – nie­okieł­znana siła, któ­rej wyro­ków nie jeste­śmy w sta­nie prze­wi­dzieć. Gdań­ski myśli­ciel tak głę­boko nasiąk­nął filo­zo­fią kla­syczną, że wie­rzy tylko w ordo - obiek­tywny ład i porzą­dek, który rzą­dzi całym świa­tem. To mister­nie stwo­rzona kon­struk­cja, hie­rar­chia, w któ­rej każda cegiełka znaj­duje się na swoim miej­scu, a każdy szcze­gół daje się odnieść do cało­ści. Zazdrosz­czę Pie­kar­skiemu jego wiary, ale ja tako­wej nie posia­dam. Nie widzę w ota­cza­ją­cym nas świe­cie żad­nego ładu, hie­rar­chii ani porządku zwłasz­cza, że funk­cjo­nu­jemy pod wpły­wem prze­obra­żeń glo­ba­li­za­cyj­nych. O tym, kto jest na górze, a kto na dole decy­duje przy­pa­dek. W ota­cza­ją­cym nas świe­cie jedy­nie silne jed­nostki mogą liczyć na przetrwanie.

I na koniec jesz­cze jed­nak uwaga - doty­cząca bio­gra­fii Makia­wela. Otóż według przy­ta­cza­nej przez Romu­alda Pie­kar­skiego Alois Riklin (s. 57-61) Machia­velli w swoim życiu pry­wat­nym i w służ­bie publicz­nej, w którą był zaan­ga­żo­wany nie był makia­we­li­stą. Sto­so­wał uczciwe środki i z odda­niem słu­żył dwo­rowi Medy­ce­uszy. Był także tro­skli­wym ojcem rodziny. O jego uczci­wo­ści świad­czyć mają jego ….nie­po­wo­dze­nia w życiu publicz­nym Flo­ren­cji, którą rzą­dziły okrutne normy. Wykład­nia taka trzy­ma­łaby się według mnie kupy i potwier­dzała nie­szczę­sny los sfru­stro­wa­nych ide­ali­stów, któ­rzy pod wpły­wem wni­kli­wych obser­wa­cji ota­cza­ją­cego ich świata prze­mie­niają się w zgorzk­nia­łych i cynicz­nych reali­stów poli­tycz­nych, makia­we­li­stów prze­świad­czo­nych, że świa­tem rzą­dzi prze­moc. Smutna to kon­klu­zja, ale prawdziwa.

 

Michał Gra­ban

[1]      Leo Strauss, Nic­colo Machia­velli, [w:] Leo Strauss, Joseph Crop­sey, Histo­ria Filo­zo­fii poli­tycz­nej, War­szawa 2010, s. 302.

[2]        Tamże, s. 314.