Od heavy-metalu do konserwatywno-tradycjonalnej wizji świata….

Przy­znam, że z lek­kim zdzi­wie­niem zer­k­ną­łem do ostat­nich tek­stów na temat muzyki heavy-metalowej publi­ko­wa­nych na por­talu konserwatyzm.pl. Skon­sta­to­wa­łem, że ich autor, pan Miro­sław Sal­wow­ski z zapa­łem god­nym lep­szej sprawy tropi zło w prze­sła­niu jed­nego z niszo­wych sty­lów muzycz­nych myląc pewne kate­go­rie, i to nie tyle muzyczne, co dok­try­nalne, miesz­czące się w nur­cie myśli konserwatywnej.

Pyta­nie pod­sta­wowe brzmi: po co w ogóle zaj­mo­wać się heavy meta­lem na łamach kon­ser­wa­tyw­nego por­talu inter­ne­to­wego ? Zadaję je jako osoba, która na prze­ło­mie lat 80-tych i 90-tych była zało­ży­cie­lem thra­sho­wego bendu, któ­rego histo­ryczny mate­riał The inner demen­tia zare­je­stro­wany w Trój­mie­ście w 1990 roku wyda­wany jest aktu­al­nie nakła­dem kra­kow­skiej wytwórni thra­shing med­nes. Pomimo zatem, że kie­dyś byłem meta­low­cem (i wciąż słu­cham cza­sami tego typu dźwię­ków) dzi­siaj jestem kon­ser­wa­ty­stą, a nawet tra­dy­cjo­na­li­stą. Oso­bi­ście bar­dziej mnie zawsze odstra­szał styl Sex drugs and rock n’ roll ani­żeli rze­komo mroczny, demo­niczny cha­rak­ter tej muzyki. Te ostat­nie atry­buty wyda­wały mi się wręcz syno­ni­mem głębi, przyj­mo­wa­łem je za anti­do­tum na pły­ci­znę pop-rocku i komercji.

Oczy­wi­ście z bie­giem lat uzmy­sła­wia­łem sobie, że anti­do­tum to jest ułomne i nie­sku­teczne. Dzi­siaj już wiem, że ist­nieje tylko jedna muzyka praw­dziwa, czy­sta i nie­ska­lana; to muzyka kla­syczna, oparta na peł­nej har­mo­nii dźwię­ków, stąd czę­sto okra­sza ona kato­licki cere­mo­niał reli­gijny (rola cho­rału gre­go­riań­skiego w tra­dy­cyj­nej litur­gii). To ona jest dla mnie dziś praw­dzi­wym „heavy meta­lem”. Mam jed­nak także swoje grze­chy i sła­bo­ści - przy­znaję, że słu­cham cza­sami tzw. „meta­lo­wej muzyki” bądź sty­lów pokrew­nych: thrash, grunge, core. Po co jed­nak dora­biać do tego ideologii….

Waż­niej­sze jest dla mnie pyta­nie natury świa­to­po­glą­do­wej: Czy domi­na­cja pro­ble­ma­tyki zła, śmierci, tor­tur, roz­pa­czy, krwi, cier­pie­nia czy w końcu wojny jest sprzeczna z kon­ser­wa­tywną wizją świata ? A może jest odwrot­nie. Wystar­czy się­gnąć do wielu prac tego nurtu - poczy­na­jąc od Józefa De Maistre’a, pru­skiego teo­re­tyka wojny Clau­se­vitza, zwo­len­nika auto­ry­ta­ry­zmu Donoso Cor­tesa, kolum­bij­skiego reak­cjo­ni­sty Gómeza Dávili, a także decy­zjo­ni­sty Carla Shmitta wraz z jego kon­cep­cją wroga, by skoń­czyć na współ­cze­snych fran­cu­skich myśli­cie­lach w stylu Emila Cio­rana, Jauna Bau­dril­larda czy Geo­r­gesa Bataille’a i Pierre’a Klos­sow­skiego łączą­cych wątki post­mo­der­ni­styczne z este­tyką para-konserwatywną, prze­pla­ta­ją­cych zagad­nie­nia teo­lo­gii i demo­no­lo­gii, duszy i erotyzmu.

U wszyst­kich nich pod­kre­śla się ska­że­nie ludz­kiej natury grze­chem pier­wo­rod­nym, któ­remu towa­rzy­szy sprze­ciw wobec płyt­kiego opty­mi­zmu oświe­ce­nia wraz z jego cukier­ko­watą wiarą w czło­wieka. To przy­wary ludz­kiej duszy każą prze­cież pod­da­nym pod­po­rząd­ko­wać się wędzi­dłu suro­wej wła­dzy bądź wycho­waw­czej funk­cji reli­gii, o ile oczy­wi­ście wie­rzymy, że coś takiego jak wła­dza i reli­gia jest jesz­cze moż­liwe.  Kon­ser­wa­tywna wizja świata jest zatem głę­boko pesy­mi­styczna, chwi­lami wręcz apo­ka­lip­tyczna. U de Maistre’a zwraca uwagę misty­cyzm kon­cep­cji reli­gij­nej nie­wolny od akcen­tów okul­ty­stycz­nych.  Czę­ste są odwo­ła­nia do suro­wo­ści Sta­rego Testa­mentu, gdzie Bóg jest instan­cją tajem­ni­czą i karzącą, gdzie opi­suje się krwawe obrzędy ofiar­ni­cze, nawet, jeżeli opisy te posia­dają sens sym­bo­liczny i ale­go­ryczny. W słyn­nej pracy prof. Adama Wie­lom­skiego o Józe­fie de Maistrze Od grze­chu do apo­ka­ta­sta­sis (przyj­mo­wa­nej prze­cież w śro­do­wi­skach kon­ser­wa­tyw­nych za coś w rodzaju biblii tego kie­runku myśle­nia) jej autor i naczelny niniej­szego por­talu – czę­sto pod­kre­śla za swym mistrzem eks­pia­cyjny i pokut­ni­czy sens bólu gło­sząc kon­cep­cję „zba­wie­nia przez krew” oraz „sza­fotu, który jest ołta­rzem”. Stąd pochwały de Maistra dla insty­tu­cji wojny, tor­tur, kata i inkwi­zy­tora, które pozwa­lają czło­wie­kowi nie upaść w klesz­cze wła­snych sła­bo­ści bo wyra­biają ludzki cha­rak­ter nada­jąc mu hart ducha. Nawet znie­na­wi­dzoną przez de Maistre’a rewo­lu­cję fran­cu­ską – fran­cu­ski tra­dy­cjo­na­li­sta inter­pre­tuje przez pry­zmat zła koniecz­nego, które ma cha­rak­ter katarktyczny.

Oczy­wi­ście obok tej mrocz­nej ist­nieje też bar­dziej opty­mi­styczna wyład­nia reli­gii. Czę­ściej odwo­łują się do niej jed­nak postę­powe i refor­ma­tor­skie nurty chrze­ści­jań­stwa ani­żeli tra­dy­cjo­na­li­styczne. Z kolei w ramach kato­li­cy­zmu ta spły­cona i nieco naiwna wer­sja chrze­ści­jań­stwa, sta­wia­jąca na aspekt miło­ści w ode­rwa­niu od odpo­wie­dzial­no­ści stała się kamie­niem milo­wym Soboru Waty­kań­skiego II i zapo­cząt­ko­wała cały nurt błęd­nych inter­pre­ta­cji jego usta­leń. Z tym spo­so­bem myśle­nia kon­ser­wa­ty­sta jed­nak wal­czy, o czym - kogo jak kogo - ale czy­tel­ni­ków niniej­szego por­talu nie trzeba chyba przekonywać.

Sama obec­ność pro­ble­ma­tyki zła, wojen i cier­pień w tek­stach kapel meta­lo­wych, nie tylko, że nie jest sprzeczna z kon­ser­wa­tywną i tra­dy­cjo­nalną wizją świata, ale wręcz się z nią pokrywa. Pro­blem pozo­staje oczy­wi­ście czy jedy­nie opi­su­jemy owo zło, czy też się nim utoż­sa­miamy; lub po któ­rej stro­nie walki dobra ze złem sie­bie sta­wiamy: Ciem­nej czy Jasnej Strony Mocy. Zna­jąc oso­bi­ście wielu fanów muzyki meta­lo­wej, nie podej­rze­wał­bym ich o popie­ra­nie tej pierw­szej. To osoby o łagod­nym, a czę­sto wręcz naiw­nym uspo­so­bie­niu, które heavy-metalowe gadżety prze­pla­tają z fascy­na­cją dla Gwiezd­nych Wojen czy tol­kie­now­skiego Władcy Pier­ście­nia. Inna sprawa, czy należy się tym fak­tem mar­twić czy cie­szyć. Oso­bi­ście uwa­żam, że postać Vadera ze Star Wars to nie tyle uoso­bie­nie sza­tana bądź fuh­rera co „kathe­ona”  (ulu­biony zwrot prof. Wie­lom­skiego), który chroni Impe­rium przed anarchią.

Pro­blem heavy-metalu widział­bym zatem odwrot­nie, ani­żeli publi­cy­styka zamiesz­czona na por­talu konserwatyzm.pl; pro­ble­mem jest jego pły­ci­zna i popkul­tu­ro­wość, z kolei to co uważa się za zagro­że­nie jest jego siłą. Sty­li­styka heavy i death meta­lowa odtwa­rza kom­po­nenty tra­dy­cjo­nal­nej wizji świata, co prawda odtwa­rza je w for­mie kiczo­wa­tej i post­mo­der­ni­stycz­nej, ale jed­nak… Należy zatem nie tyle wal­czyć z heavy-metalem co wal­czyć o „praw­dziwy heavy-metal”, czyli ten kie­ru­nek prze­kazu kulturowo-artystycznego współ­cze­snego świata, do któ­rego metal w spo­sób pasti­szowy się odwołuje.

Michał Gra­ban